Skip to main content

Full text of "Przyjaciel Ludu. R.4, [T.1], No. 12 (23 września 1837)"

See other formats


MW 


% 


rzyjaciel 


No. 12. 


Rok czwarty. 


m 


A Dyana Sohna. 


; AA, 
O wystawie poznańskiej. 
(Ciąg dalszy.) 
Kilka rodzajowych obrazów jeszcze mnićj nas za- 
dowolniły, n. p. Fórstera: Saskie chłopy w powrocie 
z miasteczka. Pindlera saska dziewczynka źle jest 
malowana, ale lak miluchna z twarzy i z wyrazu oczu, 
że kazdy nad nią się zatrzymał. Zwobił kopią tego obrazu, 
która się veale nie podobała, bo zamiast dowcipnych 


oczu uprzejnćj góralki, dał jćj namiętne oczy południa, | 


Ludu. 


(Z, wystawy poznańskiej.) 


jakie zdobią silny, lecz może zbyt przesadzony obraz 
P. Tischbeina i Włoszkę z dziecięciem na terasie. W Ey- 
bla dziewce z Romainville, ujrzysz poczynający wplyw 
francuzkićj szkoły,  Sitarka Schramma nieszczęśliwym 
jest pomysłem: gdyż zabawy, które przystoją dzie- 
ciom, śmieszne są u starszych. Zamiast 
pozycyj, lepiej było kopiować dobre wzory, jak Féj 
a Dysseldorfu, 


Piękny krajobraz Winklera należy do najlepszych 
NA J PRZY 


wystawy: nad drzewiatą okolicą wznosi się gniazdo 


Leszno, dnia 23, Wrzesnia 1837, 


tych kom- 


"ag 


% 


ń 
j należy płaskorzeźba, na zmarłego 


bociana i z prostego pomysłu cudowny zrobiłj obraz 
dzielny malarz Dysseldorfu, : 

Przechodzim do ostatniej, czyli trzecićj sali. 

Na pierwszy rzut oka poznamy, że dobór obrazów, 
jest równie szczęśliwy, jak w dwóch poprzednich, 
Dzięki starannym zachodom i dobremu smakowi dyrek- 
cyi, że nadesłane obrazy tak zgodnie rozporządziła po 
salach.  Trudnoby powiedzieć, która z nich jest pięk- 
nićjszą: każda równie widzów ucieszy i zaspokoi. 
Szezególnićj się zajęło ich układem dwóch panów, któ- 
yzy tak silny biorą udział do sztuk pięknych, Że nic- 
szczędzili mozolnej pracy ciągłego dobierania i prze- 
stawiania obrazów, aby pożądane otrzymać efiekta. Je- 
den z nich, połączony węzłami koleżeńskićj przyjaźni z 
pierwszymi malarzami dysseldorfskićj szkoły, mocno czuje 
wysokie powołanie obecnéj sztuki i cenić umie te dzieła, 
które wypadki historyczne w idealnych przedstawiają 
ksztaltach: uprzejmość, z jaką trafnych swych spo- 
strzeżeń widzom udzielał, ułatwiła nam lepsze obezna- 
nie ztémi arcydziełami. Drugi z tych panów, za młodu 
już w kunsztach zamiłowany, pod rozmaitemi kształty 
pielęgnować je umie. Rilkuby się obdzieliło talentami, 
które on połączył; zazdrościć mu wypada tyle szezo- 
drych darów natury, a niemnićj tego uczucia wewnętrz- 
nego zadowolnienia, gdy każdy pomysł swój w potrójną 
przywdziewać może szatę: rytmu, dźwięku i koloru. 

W trzecićj sali nowy ujrzeliśmy przedmiot, jedyną 
rzeżbę nadesłaną na wystawę, Jest to popiersie N. P, 
zrobione przez p. Oskarą Sosnowskiego. Praca ta rów- 
nie nadzwyczajném podobieństwem się zaleca, jaki do- 
skonałością wykonania. Delikatne dłóto to wszystko 
zręcznie przedstawia, coby najwiernićjszy pendzel ledwo 
w mnogich odcieniach wyrazić zdołał. Snycerstwo zbyt 
trudnym, zbyt wyłącznym jest kunsztem, abyśmy je 
mogli na jednej kłaść szali z malarstwem. Szczęśliwi 
są synowie natury, którzy umieją jéj piękność w każ- 
dćj postawie wznowić, i ułamkiem ciała ludzkiego za- 
dziwiać! Oni to wyłącznie i wiecznie idealizują ezło- 
wieka, a nawet zaniechawszy żyjącego jego wyrazu, 
świetnego oka, którego odstępują malarstwu, umieją 
nadać swym kształtom wyraz nadludzki. W téj śmia- 


łości snycerz oka wyrazem, blaskiem kolorów, i ca- 
łćm świetnóm otoczeniem pogardza, a jednak cudo- 


wnie ducha nam wyraża; najwyższa dzielność i chluba 
tćj sztuki! Miło nam więc było, powitać rodaka w tćj 
udzielnćj sferze. Znajomy nam jeż był z płaskorzeźby 
na berlinskićj wystawie: wyrażała ona trzech głównych 
berlińskich rzeźbiarzy, Schadowa, Raucha i 'Fiecka; 
darował ich był autor akademii sztuk pięknych: genialny 
wyraz trzech mistrzów przebijał przez biały marmur. 
Popiersie Naj. Pana doskonalszą jest pracą, i szlachetne 
jego przeznaczenie na dobro ubogich uczniów akademii 
zdobi zamożnego zwolennika sztuki. Dziwną jest rze- 
cza, że p. Oskar Sosnowski sam przez własną pracę 
doszedł do tćj zręczności, którą w jego dziełach wi- 
dzimy. Nigdy pono nie pracował u snycerzy. Wrodzone 
uczucie piękności natury i niezmordowana praca, jedyną 
jego były pomocą. Już w pierwszćj młodości, spędzał 
swe chwile na wykonaniu figur z polnych kamieni 
rodzinnego Wołynia. -Od roku dopiero w berlińskićj 
akademii uczy się snycerstwa, na szezupłćj liczbie wzo- 
rów w nićj wystawionych. Do najlepszych dzieł jego 
w kwiecie wieku mło- 
dzienca. Opisano mi ja w sposób następny. Pnie się 
młodzian po górze do świątyni chwały; ale w tém miecz, 
na którym się wspierał, kruszy się pod jego dłonią, a 
Staturn , zawisny przewaźną ręką porywa młodziana, 
drugą zaś mak rzuca nad otwarty grobowiec. Nad tą 
grupą unosi się w powietrzu świetny anżół, czyli geniusz 
młodzienca. Dosyć jest na tem opisie, aby wyższy ta- 
lenti snycerza okazać! życzymy, aby w tak świetnie 
rozpoczętym postępował zawodzie, i wielu współzawod- 
ników znałazł w kraju: gdyż Polska jeszcze wygląda 
swego "honwaldsena. 

Nie wspomniałem o pracach na drzewie robionych 
przez Holendra z pod Strzyżewa, albowiem raczćj je- 


mia nie tylko sami 


szcze za zabawki niż za pierwiastki talentu poczytywać 
je można. Kilka przyozdobień p. Wolkowica równie 
dla smaku, jak dla prostoty pochwalić należy. 

W świetnćj trzecićj sali wystawy widzimy na przodzie 
jeszcze jeden obraz Sohna: Dianę z. nimfami w kąpieli. 
Wystawia malarz tę chwilę, gdy bogini czystości spo- 
strzegła Akteona i w leśnego zamienia go zwierza, ale 
Akteon gdzieś poza ramami pozostał. Każdy widz przy- 
znał to za największą, ale nie jedyną wadę obrazu. Cze- 
muż tak sążnistym wymiarem zakreślać wdzięki bogini? 


Barczystość i wyniosłość ciała, więcćjby Endymionowi . 


przystała, niż jego świetnćj kochance. Obok urodnych, 
towarzyszek niech się córka Latony jedynie większym 
urokiem odznacza. A przytóm niemasz w tym obrazie 
najtreściwszćj jego piękności.: Cóż grecki mytus wy- 
stawia? obrażoną wstydliwość bogini. Zadaniem było 
malarza, pojednać postrach skromnćj dziewicy z gnie- 
wem obrażonćj niebianki; zadania zbyt trudnego Sohn 
nie wykonał w obrazie. Widzę gniew na twarzy Diany; 
lecz nie widzę rumieńca przerażonej skromności; rumie- 
niee ten nie świeci na ićj licach i na pół obnażonćm 
ciele. A po tćj nimfie, tak pięknćj, w złotćj sukni, 
przyklękłćj przed Dianą, jakżeż daremnie go szukać ? 
Ten wdzięk tak właściwy dziewicom jasnowłosym, że 
rumieniec, jak ogień latający przebiega po ich śnieży- 
stćm czole, szyi i ramionach; ten wdzięk, co najwięk- 
szą ich piękność stanowi, jakżcz uszedł oka badaw.- 
czego malarza? Jakżeż śmiał pozbawiać boginią te- 
go blasku, który córy tćj ziemi boskim odzicwa nuro 

kiem? jakąż pięknością zdołał wynagrodzić rumieniec? 
Wszakże czują tę wysoką godność szłachetnego znamie- 

poeci, filozofowie nawet dzielą 

ród ludzki na dwa wielkie oddziały; na tych, co się 

rumienią i na tych ludzi ciemnopłcistych, którzy ru- 

mieńca nie znają. Widzimy w tym naturalnym podziale 

całą godność tego kwiatu młodości, który zdobi mło- 

dziany, dziewice i do późnych lat pozostaje na czystych 

licach matron szanownych. W obrazie Sohna dzie- 

wica ciemnowłosa, czerwoną szatą okryta i tuląca się 

do nićj, jedynie widocznie wstydem płonie. Trzecia 

zaś, skryta za Dianą, i nawpół w wodzie stojąca inkar- 

nacyą ma raczćj młodzieńczą, aniżeli dziewicą. . Obraz 

ten mém zdaniem porównany być nie może z Eleonorą, 

jakkolwiek go niektórzy sędziowie przenoszą. 

(Ciąg dalszy nastąpi.) 


Cud Sewilski. 


Legenda, czyli opis obrazu Murillosa. 


Już w pełni xiężyc ‘dziewiąty: świeci, 
Jak Maur Sewillę obległ do koła, 
A jeszcze męstwa hiszpańskich dzieci 
Swém męstwem przemódz nie zdoła. 


Ale od Maura gorszy, od zdrady, , 
Gorszy niż zatrute strzały, ` 
Z okiem zbłąkanćm głód wyschły, blady, 

Wstąpił na Sewilskie wały. 


I eo dzien nowym uderzone zgonem 
Wiernego kraju obrońce, 
Co dzien Sewilla wstające słońce 
Grobowym zwiastuje zgonem. 


Tam kędy nęci woń cytrynowa, 
Tam kędy kwitną granaty, 
Przy końcu miasta, poważny laty, 
W pośród drzew klasztór się chowa. 


Z niego codziennie pobożność i cnota 
Niesie nieszczęsnym zasiłki obficie ; 
W nim to codziennie wdowa i sierota 


Znajduje pokój i życie. 


Wtymto cnotami wsławionym klasztorze 
Zarządzał braćmi mąż w cnoty bogaty, 
A choć późnemi obarczony laty, 
Dni trawił w ciężkićj pokorze. E 
, I było nawet mniemanie u ludu, 
Że Bóg go świętym palcem swym naznaczył, 
I między świętych policzyć go raczył, 
Dał mu nawet władzę cudu. 


Lecz on nie użył cudów do tćj pory, 
Nigdy on nieba nie śmiał błagać o nie,. 
Cudami tylko cnoty i' pokory 
Znany był dotąd w zakonie. 


I teraz kiedy głód Sewillę ciśnie, 
Gdy każda sroższe męki niesie chwila, 
Mąż Święty, skoro słońce ranne błyśnie, 
Nędznych pokarmem zasila. 


Lecz już wyczerpał zapasy ostatnie, 
Wypróżnił dawniej zamożne szpichlerze, 
l wkrótce życie i swoje i bratnie 
Odda głodowi w ofierze. 


W ten dzich okrutny, gdy błądzi po mieście, 
Nagle go smutny głos nędzy doleci, 
Słyszy w tym domu i jęki niewieście, 
I kwilenie drobnych dzieci. 


Wchodzi do niego, znajduje rodzinę 
Głodem rzuconą na boleści łoże, 
Widzi, jak dziecie ssie piersi matczyne, 
A nic z nich wyssać nie może, ` 


I słyszy jego jęki niemowlęce, 
I starszych dzieci przeraźliwe jęki, 
Widzi najstarsze, wpośród głodu męki, 
Gryzące własne swe ręce. 


Ten widok straszny świętego kapłana 
Grotem rozpaczy przeszywa, 5 
Wznosi wzrok w górę, pada na kolana, 
I modłami nieba wzywa. 


I gdy się modli słowami świętemi, | 
Dom cały światłość niebieska oblewa, 
Obłok złocisty spuszcza się ku ziemi, 
Świętego ojca odziewa. 


W górze aniołów najświetnićjszych grono 
Jak gdyby mleczna droga niebios świeci; 
I tym widokiem przerażone dzieci, 
Na matki tulą się łono. 


Każdy się z góry wolnym spuszcza lotem, 
L niesie darów boskich pełne dłonie; 
I skroń każdego błyszczy swiatłem złotćm, 
A oddech wylewa wonie. 


Ci krain rajskich mieszkańcy szczęśliwi, 
Dom napełniają i pracą i ruchem, 
Jeden z nich, lekkim a wonnym podmuchem 
Płomień wśród ogniska żywi. 


4 
Drugi zwinąwszy skrzydełka z promieni, 
Drzewek cedrowych dźwiga suche wiązki, 
A tamten znosi palmowe gałązki, 
Wyschłe na podżar płomieni. 


Men, co ma skrzydła jakby pióra pawia, 
Uplotem rajskich kwiatów przepasany, 
Czystą jak kryształ wodę leje w dzbany, 

I przy ognisku ją stawia. 


Tu jeden ptaszki różnopiore niesie, 
A tu dwóch mnićjszych usiadłszy na ziemi 


* 


————2oĘĄ Z OJ) SLC 


Skubią te ptaszki z skrzydły. złocistemi, 
Schwytane w Edeńskim lesie. 


Widzisz tamtego jasnego anioła, 
On innych w wdzięcznćj przewyższa urodzie 
I z kwiatów w rajskim zerwanych ogrodzie 
Miód złoty sączy jak pszczoła. i 


> 


Ci dwaj w różanne odziani obłoki 
Z koszów owoce wybierając klęczą, j 
Ten siedmiofarbną przepasany tęczą 
W czary wyciska z nich soki. 


A ów, któremu śnieżne skrzydła rosną 
Z powłok owoce obnaża soczyste, a 
Owoce z krajów, które wieczną wiosną 
Rozświecają słońca czyste. Y 


Każdy z aniołów do pracy się bierze, 
Chętnie się ziemską zajmuje posługą, 
Tak, że stawiają za chwilę niedługą 
Obfitą na stół wieczerzę. 


Potem frunąwszy skrzydłami zartkiemi 
Wzlatują jasnym oblani obłokiem, 
Wszyscy przytomni zadziwioném okiem 
W górę sięgają za niemi. 


I wktótce potóm każde z małych dziatek 
Ciekawie do tych przybliża się stołów, 
Dziwi je taki pokarmów dostatek 
Przyprawnych ręką aniołów; 


Ale gdzież mąż ten, który prośbą zdołał 

Cud ten wybłagać u Boga litości? pan 
Gdzież jest ten, który tych niebieskich gości* 
W ziemskie podwoje przywołał. 


Nie ma go nigdzie, gdzieś uszedł, gdzieś zgi 

I obłok złoty, który go zatopił, BRAKE 
Nagle jak lotna para się rozpłynął, 

Dom rosą złocistą skropił? 


Lecz inny obłok w tćj samćj godzinie 
Na skrzydłach wiatrów od ziemi umykał 

I coraz rzedniał, malał, już, już znikał 

I znikł w obłocznćj krainie ^) 


Głachy by od Szamotuł. 


, Przysłowie to, wziąwszy wedle ustnego poda- 
nia a) początek z czasów pierwiastkowego braci 
czeskich pobytu, w mieście Szamotułach, b) mie 
nęło może już temu blisko trzy wieki, dochowało 
się wiernie do dni teraźnićjszych, i stokroć je- 
szcze w niektórych wielkopolskich okolicach 
północnych zwłaszcza, wspomnianem bywa. i 


) Wiersz ten jest wyHómaczeniem obrazu Murtl- 
losa znajdującego się w galeryi Xeia Dalnacyt (mar- 


szałka $oulta) w Paryżu. A. ©. R. Rok 1830. 


a) Wiadomość o przysłowiu, «głuchy by od Saa. 
motuł,» powziąłem z ust szanownego stryja mego, który 
żyjąc, z ś. p. N. Kozłowskim, proboszczem Kollegiaty 
szamotulskićj, zmarłym przed pięciu laty, w przyjaźni 
po kilka razy je od tegoż objaśnionćm słyszał. > 


b) Szamotuły, miasto dziś powiatowe w W. X. 
Poznańskiem, z zamkiem starożytnym i wspaniałą tejże 
cechy kollegiatą: gniazdo sławnćj wielkopolskiej fa- 

1 > 


bi 


$ 


4 


Polowania 


A N 


EN 


w Chinach. 


(Rysunki podług drzeworytów chińskich, dwanaście wieków starych. )y 


Główną zaś, jak owe głosi podanie, do 
istnienia, powyższego . przysłowia. sposobność , 
dał Jan Szamotulski, ©) i to przy wydarzeniu 
następującym : 

W czasach, kiedy bracia czescy w Szamotu- 
łach, licząc już pomiędzy okoliczną szlachtą 
niemało dla nowej nauki zwolenników, pierwsze 
w tutejszćj kollegiacie d) odprawiali nabożeństwa, 
nowość zatćm, widzenia ciekawość, sprowadziła 
dnia jednego mićjscowych kilku mieszczan Ka- 
tolików, na Dyssydentów obrządek, © Miana była 
właśnie co téj chwili nauka, Przybyli dopiero 
co Katolicy z początku pilnie swą ku kazalnicy 
zwrócili uwagę; lecz po małej chwili, jedni 
z nich, strasznie ziewać, drudzy po trochu zaś 
drzemać zaczęli, Szamotulski, przytomnym będąc 
tćj scenie, uniesiony gniewem z podobnej ozię- 


milii Szamotulskich, w XVI. wieku wspólna własność 
Szamotulskich i Górków. 


c) Sądzę, iż byłto podług wszelkiego podobieństwa, 
jak p. J. Łukaszewicz opisuje w dziele `o (kościołach 
braci czeskich w dawnćj Wielkićjpolsce, Jan Świdwa 
Szamotulski, dziedzie połowy Szamotuł, i gorliwy braci 
czeskich wyznawca, których do owego miasta, około 
roku 1458. Andrzćj Górka, generał wielkopolski, dru- 
gićj połowy Szamotuł dziedzie wprowadził 


d) , Wspomina dalćj o braciach czeskich autor, iż 
tenże Jan Swidwa Szamotulski, w roku 1574 oddał z 
wszelkiemi funduszami braciom czeskim kollegiatę. Na 
naleganie jednakże Gostyńskiego, wiernęgo Katolika, a 

“także w mićjsce Górków, połowy Szamotuł dziedzica, 
dozwolił Szamotulski także Katolikom w. Kollegiacie 
odprawiać nabożeństwo. Kościół ten wszelako bracia 
czescy nie dlugo posiadali,- gdyż gô im między latami 
1590 a 1600 odebrano. 


4 


w 
rzekł do tychże mieszczan, wychodząc 
z kościoła: „,wyście głusi! « 

Ztądto podobno, Szamotuły i jego okolice, 
głuchemi nazwane zostały, które z czasem poszły 
w przysłowie, a dotąd jeszcze, gdy kto w wyżej. 
pomnionych okolicach, drzemiąc, jakićj słucha, 


błości, 


nauki, powtarzać się tamże zwykło: 


duchy by 
od Szamotuł !‘6 ii A 7 


Polowania w Chinach. 


Chcąc dać wyobrażenie o wielkich polowa- 
niach królewskich w tym kraju, podajemy ory- 
| ginalne dwie chińskie ryciny, wyjęte z księgi: 
| Ealh-ya, jedaćj z najstarożytnićjszych dzieł tego. 
narodu. Księga ta skreśla wiadomości, które 
Chińczykowie od XV. do X. wieku przed na- 

| rodzeniem Chrystusa posiadali, a jakkolwiek mno- 
gie drzeworyty, które ją ozdobiają, sięgają tylko. 
VI. wieku naszćj ery; zaprzeczyć niemożem, że 
są zrobione w duchu najodleglejszćj starożytno- 
ści, do którćj się ściągają dzieje rodu ludzkiego; 

| widzimy, że w każdym niemal kraiu, wyłączyw= 
szy Egipt, niezmierne były lasy, od dzikiego 
zwierza + zaludnione, poprzedziły rozkrzewienia 
się naszego rodzaju. Znane nam są skreślone 
lasy Galli i Germanii, tudzież Ameryki. Poe- 
mata indyjskie napełnione. są opisami wielkich 
lasów, za schronienie służących pobożnym pustel- 
nikom, których spokojne rozmyślania kłóciły 
wielkie polowania królewskie, Również widzimy 
. w dziejach początków państwa chińskiego, że 
| terażnićjsze Chińczyki przybywszy z północy, - 


Ji 


Z) 


dim 
>| M M (i V 


>` 
HA 


Powrót myśliwskićj zgrai. 


wycinali i karczowali niezmierne lasy, aby rolę 
przysposobić do: uprawy i wydrzeć tę: ziemię 
pierwszym jéj mieszkańcom, nazywanym Y czyli 
nosicielami wielkich łuków, albo też milat-seu, 


czyli synami roli płonnej, których: to potomki. 


dotąd jeszcze zupełnie w dzikim stanie w do- 
stępnych górach Chin wschodnich, blisko Tybetu, 
przemieszkują. Historya świadczy 0 odrębnym 
bycie tego ludu, który od przeszło 5000 lat zaw- 
sze potężnego państwa chinskiego istnieje, ciągle 
słabnąc na siłach z powiększaniem przychodni, 
a jednak niechcąc przyjąć narzuconego jarzma; 
tyle tu dokazać mogła nienawiść dwóch ludów, 
zupełnie sobie obcych, a o „jednę walczących 
ziemię. 

Polowania należały do najulubieńszych zabaw 
cesarskich: celem ich pierwotnym było zabezpie- 
czenie kraju od szkodliwego zwierza, lecz później 
zamieniły się w zbytkowe zabawy. Cesarz Tai 
kang, stracił z tego powodu koronę. Polowania 
te odbywano cztery razy do roku; lud był za- 
ciągiem do nich obowiązany. Wiosną i latem 
strzeżono tylko leśnego zwierza, jesienią i zimą 
naganiano i ubijano mnóstwo zwierzyny.. 

Załączone dwa rysunki przedstawiają także 
letnie rozpędzanie zwierzyny, i powrót z zimo- 
wego polowania. Lecz nietylko Chińczyki sma- 
kowali w myślistwie, Xenofon opowiada w Cy- 
ropedyi, że Babilończyki tak namiętnymi byli 
myśliwcami, że nietylko po swych. komnatach. 


R ZĘ DONS 


malowali polowania, ale i na swych sukniach je 
wyszywali. Królowie zaś dla swych zabaw 
dostatecznie rie znajdując zwierzyny po lasach, 
 pozakładali wielkie zwierzyńice, w. których za- 
mykano lwy, dziki, lamparty i jelenie. 


O zgonie Stefana Batorego. 


Półtrzecia już upłynęło wieku od czasu, jak 
śmierć wyrwała narodowi naszemu najdzielnićj- 
szego z królów Stefana Batorego, ito w chwili 
bardzo stanowczćj, w którćj tenże zamierzał wy- 
konać plany, tyczące się wewnętrznego urządze- 
nia kraju; w chwili, w której oburzenie na spra- 
wiedliwą surowość królewską, do najwyższego 
dochodziło stopnia. Łatwo pojąć, że tak nagła 
śmierć króla, w podobnych okolicznościach zwWTÓ- 
ciła uwagę wszystkich na siebie, i była przy- 
czyną pogłoski o- otruciu króla, której prawdzi- 
wość historya, dotychczas wprost zaprzeczyć 
nieśmiała. Na familii Zborowskich najmocniej 
ciężyło podejrzenie wykonania ohydnego czynu; 
który, gdyby był rzeczywistym, zajmowałby w 
historyi naszćj, tém przykrzejsze dla Polaka miej- 
sce, że chociaż jedyny w swoim rodzaju, niedo- 
zwalałby się nam dłużćj szczycić tą historyczną 
prawda, że Polak nigdy swój ręki krwią swoich: 
królów niezmazał. Znajdujące się w berlińskiej: 
królewskićj bibliotece pisma nadwornych króla, 


t 


lekarzy Bucceli i Simona Simoniusa, *) tudzież 
Chiakora Węgra przy dworze bawiącego, dały 
mi sposobność do bliższych w tym przedmiocie 
poszukiwań, które niepowinny być obojętnemi. 
Sprawozdania obu lekarzy królewskich, są so- 
bie powiększej części wprost przeciwne, i z tego 
powodu było potrzebnem, dla dojścia prawdy, 
poznać bliżej ich osobisty charakter. Buccella, 
Włoch rodem, dawnićjszym był króla lekarzem, 
bo jeszcze przed wstąpieniem Batorego na tron, 
znajdował się na jego dworze. Sluchał nauk 
lekarskich w szkołach włoskich, i tamże przez 
17 lat praktykując, zjednał sobie wziętość do- 
brego lekarza. W jego sprawozdaniach, wszędzie 
się praktyczny talent i rozsądek naturalny prze- 
bija, jednakże dwa te zaiste wielkie w lekarzu 
przymioty, nieochroniły go od przesądów wieku : 
jakoż spuszczając się za bardzo na nieomylność 
zdań Galena, nieraz na złą wpadł drogę. Zdo- 
biła go jeszcze i trzecia, ludzi jego zawodu 
bardzo potrzebna cnota, skromność, albo przynaj- 
mnićj brak zarozumiałości, czego najlepszym jest 
dowodem, iż na cztery lata przed śmiercią Stefana 
zażądał przydania sobie kollegi, niechcąc sam 
jeden brać na siebie odpowiedzialności za zdrowie 
króla. W sprawozdaniach swoich zawsze się 
odwołuje na wiarogodnych świadków, na księgi 
aptekarskie królewskie it. p. Od współczesnych, 
jak się zdaje, był bardzićj niż Simoniusz lubionym, 

Simonius przywołany cztery lata przed śmier- 
cią króla, na żądanie Buccelli, również był Wło- 
chem z rodu. Dla prześladowań religijnych 
opuścił kraj ojczysty, i udał się do Szwajcaryi 
i Niemiec, gdzie w "Genewie, Heidelbergu i Lip- 
sku, częścią filozofii, częścią sztuki lekarskiej 
nauczał. Sądząc z jego sprawozdań musiał być 
nadzwyczajnie złośliwym człowiekiem, albowiem 
gdzie tylko może, uszczypliwie Buccellę i insze 
króla otaczające osoby wyśmiewa i potępia. W 
opisywaniu zdarzeń najczęścićj się do swćj wła- 
snćj tylko wiarogodności odwołuje, Pisma jego 
pełne subtelnych rozumowań, okazują, że był 
bardzićj teoretycznie w duchu swego wieku wy- 


*) 1. Stephani primi P, R. Magnique Lithuano- 
rum Ducis ete. Sanitas, Vita Medica, Aegritudo, Mors 
a Simone Simonio M. D. atque intimo Majestatis Jllius 
Medico. Jussu et volunt»te Jllustrissimi D. Alberti Ra- 
dziwili Ducis in Olicka et Nieśwież M. D. L. supremi 
Marschałii exposit. seriploqne comprehensa. Nyssae ty- 
pis Andreae lteinhechelii 1587. Ę 8 

2. Refutatio scripti Simonis Simonii Lucensis cui 
titulum fecit A. Stephani primi ete. Autore Nicolao 
Buccella olim ejusdem Stephani Regis, nune yero Sere- 
nissimi Sigismundi R, P. ete. designati R. Sueciae Ar- 
chiatro, Cracoviac, typis Alexii Rodecii 1588. 

3, Epistolae Gencrosi Georgii Chiakor Secretari 
Ungari, de Morbo et obitu Serenissimi Magni Stephani R. 
P. ad magnificum Wolfgangum Rovacioyium, supremum 
Regni Transylvaniae Cancelarium, cum ejusdem Examine, 
guae ex Ungarico in Latinum sermonem nuper quam 
fidelissime sunt conversae, Ćlaudiopoli. 

4. Amadei Curtii Medici Ticinensis' responsum ad 
cpistolam cujusdam Georgii, Chiakor et ad Maledicum 
Examen Anonymi epistolae eidem adjunctum A. 1587. 


94 


maaa DvMSL QD om ZE 
2 O a ÓLZŹ OZ A LOLO DZ OD 00 


r 


Stefan Batory był silnéj i pięknej budowy 
ciała, wzrostu średniego, cery zdrowćj, włosów 
cokolwiek rudawych. Puls mocny, ale ani zbyt 
powolny, ani zbyt prędki. Apetyt miał zawsze 
wyborny, był jednakże w jedzeniu i piciu umiarko- 
wanym. Wesołość, bystrość i dojrzałość w rozmy= 
ślamiu, była odznaczającemi przymiotami jego umy- 
słu. Chwilowa i przemijająca popędliwość, ustępo= 
wała zawsze, wrodzonemu już uczuciu dobroci i 
łaskawości. Był dalekim od namiętności gwał- 
townych, i wolnym od przesądów, chyba, że ze» 
chcemy tak nazwać wstręt do wypełnienia rad 
lekarskich, właściwy ludziom, używającym przez 
długi czas zdrowia, którzy zazwyczaj w choroby 
wierzyć przestają, a od nich nawiedzeni od na- 
tury wszystkiego się spodziewają, i niechętnie od 
nawykłego sposobu życia odstępują, Polowanie 
było jego najulubieńszą zabawą, istotnie dla zdro- 
wia jego potrzebną: jeżeli go narady sejmowe, 
na czas jaki wstrzymywały, stawał się smutnym 
i ociężałym. W czasie pobytu swego w ziemi 
siedmiogrodzkićj, używał dużo ściągających ka= 
pieli, (Balnea adstringentia,) które czynność skóry 
jego tak nadwyręzyły, że w najmocniejsze upały 
nigdy się niepocił. Zycie czynne i umiarko= 
wane, utrzymywało go przez długi czas przy 
zdrowiu. Wywichnięcie lewćj nogi, i ukąszenie 


tejże przez psa, przerwało je nakoniec: rany 


albowiem ukąszeniem zadane, goić się niechciały, 
a ich powierzchnia, zamieniła się w wrzód, który 
codziennie znaczną ilość materyi oddzielał, i który 
przez czucie świerzbienia i inne boleśne dole- 
gliwości, nieznośnym się dla Stefana stawał. 
To spowodowało go (działo się to jeszcze w 
czasie jego pobytu w siedmiogrodzkićj ziemi) do 
wezwania chirurgów niemieckich, którzy niezwa= 
żając zupełnie na szkodliwe skutki, jakie w or- 
ganizmie sprawić może zniesienie upływu "ropy, 


|do którego matura już była przyzwyczajona, 


wszelkiemi sposobami o zagojenie wrzodu się 
starali, co im się téż istotnie na własne króla 
nieszczęście udało; bo w trzy miesiące potćm, 
wpadł w chorobę, którą lekarze wprawdzie nie 
w prost za katalepsyą, ale przynajmniej za coś 
bardzo do nićj podobnego ogłosili, dając za przy= 
czynę mocne uderzenie krwi do głowy. Przy 
dworze cesarskim rozeszła się w ówczas wieść, 
że Stefan apoplexyi dostał. Jakoż zdaje się, ze 
owa katalepsya, z powodu uderzenia krwi do 
głowy, niczem innćm niebyła; lekarz bowiem 
Blandrata uleczył Stefana z tej choroby, puszcze-. 
niem znacznćj ilości krwi, i przywróceniem od- 
pływu z zagojonego wrzodu.  Katalepsyi isto- 
tnej, która jak wiadomo, jest chorobą - chro- 
niczną nerwową, niktby puszczeniem krwi, a tem 
mniej w tak krótkim czasie wyleczyć niezdołał. 


przeciąg panowania swego w 


© ARAD 


Po przejściu pierwszego niebezpieczeństwa, 
kazał Blandrata wstrzymać się królowi zupełnie 
od wina. Z przywróceniem wrzodu wróciły i 
dawne dolegliwości, które Stefana niemniej jak 
wprzódy niecierpliwiły, i z tego powodu przy- 
wołał do siebie Buccellę, ktory zważając, że 
upływu ropy, bez nowego narażenia życia na 
niebezpieczeństwo wstrzymać nie można, zagoił 
wprawdzie wrzód, ale za zgodą z Blandratą 
zrobił fontanellę na nodze prawej. Dla przy- 
wrócenia czynności skóry, kazał się Buccella 
Stefanowi często kąpać w letniéj wodzie, a po 
kąpieli, trzeć skórę flanela, aż do potu. Ruchu 
nieodzownie królowi do zdrowia potrzebnego za- 
lecać niepotrzebował, bo lubiąc bardzo polo- 
wanie dosyć go miał. Od czasu do czasu, da- 
wał Buccella lekko rozwalniające środki, a to 
mianowicie w ówczas, kiedy fontanella mniej, 
niż zwyczajnie oddzielała. Dosyć już było dia 
zachowania zdrowia Stefana, na tych istotnie 
rozsądnych radach, ale nieszczęśliwy Galenizm 
sprowadził i tu Buccellę z drogi rozsądku, uwa- 
zając albowiem Theriak (lekarstwo z opium i in- 
nych rozpalających rzeczy złożone) za środek 
głowę wzmacniający, wszystkie Bekrecye i ex- 
krecye, zarówno pobudzający, i złe części Z 
organizmu wydzielający, dawał go królowi 
w czasie zimy codziennie.  Niechcę mówić, 
aby dawanie Theriaku, miało być przyczyną 
ostatnićj króla choroby, przez cztery albowiem 
lata przed śmiercią swoją, zaprzestał król zaży- 
wania go, za poradą Simoniusza, co jednakże 
temu żadnego zaszezytu nierobi, bo natomiast 
pozwoli, i owszem prawie zachęcał go do picia 
wina, które mu tyleż co i Theriak szkodzić 
mogło; nie dla racyonalnych powodów więc, 
ale jedynie przez złośliwość swoję i chęć sprze- 
ciwiania się Buccelli, odradził królowi zażywa- 
nia Theriaku (dryakwi). 

Pomimo tego cieszył się król, przez cały 
Polsce, jak najlep- 
szem zdrowiem aż do roku 1586. WV ostatnich 
dniach Listopada t. r. udał się król do Grodna, 
swojćj najulubieńszćj siedziby. Czas był nadzwy= 
czajnie mrożny, co jednakże króla od polowania 
wstrzymać niepotrafiło, i owszem (jeżeli wiarę 
dać można Symoniuśowi, przeciwnego zdania jest 
Buccella) zwykł się był na te swoje leśne wy- 
prawy dosyć lekko ubrany wybierać. Za po- 
wrotem z jednego z takich polowań, uczuł król 
nadzwyczajną ociężałość, w połączeniu z duszno- 
ścią małą na piersiach i z bardzo przykrem uczu- 
ciem, podobném do ukąszeń pcheł. Noc prze- 
pędził bardzo niespokojnie. Za świadectwem 
Symoniusza, który podówczas sam jeden był przy 
boku królewskim, (Buccella albowiem za pozwo- 
leniem Stefana na wieś wyjechał,) miał król do- 
syć znaczną gorączkę, ktorą puls przyspieszony 
iowa niespokojność zdradzały. 

Nazajutrz z rana t. j. dnia 7. Grudnia du- 
szność z piersi znikła, została się jednakże wielka 


ociężałość, na którą bynajmnićj niezważając udał ' 
się król do kościoła na nabożeństwo, bo był to 
właśnie dzień świętego Dominika. W czasie 
obiadu jadł nadzwyczaj mało, nie tak jednakze 
dla braky apetytu, jak raczćj pamiętając na prze- 
strogi Biftcelli, który mu odradzał jeść w ówczas, 
kiedy się czuł słabym. 

Za radą jednakże Symoniusza, wypił dwa 
kielichy wina węgierskiego, spodziewając się, bo 
mu to Symoniusz obiecywał, że potóm spokojnie 
spać będzie. Wkrótce potem udał się na spo- 
czynek. Ale zamiast obiecanego snu, uczuł, jak 
się spodziewać należało, gwałtowną niespokojność 
i mocne w głowie gorąco, zapewnie z powodu 
bicia krwi do tejże. Chcąc się więc coskolwiek 
ochłodzić, wstał z łóżka i udał się w miejsce, 
w którym okna otwarte były. Po chwilce ztam- 
tąd wracając, gdy już był wszedł do swego po- 
koju, dostał mocnego zaćmienia w oczach i upadł 
bez zmysłów.  Upadając, skaleczył sobie mocno 
nogę prawą, poniżćj kolana. Z rany, za świa- 
dectwem Simoniusa, dużo krwi upłynąć miało. 
Upadek króla przebudza pokojowca, który, gdy 
król po niejakim czasie przyszedł do siebie, tegoż 
z wielką trudnością na łóżko zaprowadził. Na 
zajutrz z rana (d, 8. Grudnia) zapisał Simonius 
królowi lekarstwo rozwalniające, ale w tak małéj 
dozie, że żadnego skutku niezrobiło. Król czuł 
się osłabionym i ciągle jeszcze ociężałym, z re- 
sztą jednakże dosyć był spokojnym i wesołym, 
niczego się tak bardzo nieobawiając, jak zapale- 
nia rany, którą w czasie upadku otrzymał. Si- 
monius nienauczony jeszcze woczorajszém smutnem 
doświadczeniem, znowu królowi przy obiedzie 
dwa kieliszki wina wypić pozwolił. Ku wie- 
czorowi powrócił Buccella ze wśi, a dowiedziaw- 
szy się od króla o wszystkićm, usilnie go prosił, 
aby się zupełnie od wina i od wody nawet cy- 
namonowej (którą zwykł pijać, jeżeli wina sobie 
odmówić musiał) wstrzymał, a zamiąst tego na 
zaspokojenie pragnienia, odwaru z szałwii uży- 
wał. Łatwo każdy odgadnie, że lepiej królowi 
do smaku przypadał sposób leczenia Simoniusza, 
niechciał więc w zupełności żądaniu Bucceli zadosyć 
uczynić, przyrzekł jednakże temuż, iż tylko z wodą 
pomieszanego wina za napój używać będzie. 
Zaraz potem udał się Buccella do Simoniusa dla 
zrobienia narady, = Simonius oświadczył mu, że 
uważa chorobę króla ża bardzo lekką, nazwał 
ja Syncope Asthmatica (nazwisko, które Buccela 
słusznie dzikiém nazywa) i utrzymywał, że odpo- 
czynek dostatecznym będzie dla przywrócenia 
zdrowia królowi-— Buccella z opisanych sobie 
symptomatów nazwał chorobę Epilepsią, bardzo 
niewłaściwie, jak to późnićj okażę, osądził jed- 
nakże ogólny sten wybornie; i stósownie do tego 
oświadczył, że obecną króla chorobę wcale za 
tak małoznaczną nie uważa, zwłaszcza, że od 
lat sześciu, król sobie krwi nie puszczał, i zu- 
pełnie brania lekarstw rozwalniających zaniedbał, 
co jego krwistość nadzwyczajnie powiększyć mu ` 


A> 


Ń 
SION [III 
orr 
ZZZZZE 


$ 


Stefan Batory. 


sialo, a téj, przy skłonności króla do bicia krwi niema tak znacznych naczyń, nie mogło - wiele 
do głowy; bardzo się obawiać należało, zwła= | krwi wypłynąć, że z resztą, gdyby nawet utrata 

szcza iż królewska twarz i łącznica oka mocno | krwi z rany» miała być istotnie dosyć znaczną, to 
czerwieńszemi niż zwyczajnie były. Z tych więc | pojąć tego niemoże, jakimby sposobem zastąpić 


à powodów radził upuścić królowi „krwi i dać po- mogła * puszczenie krwi, obecnie potrzebne, nic 
śj tém mocniejsze jakie rozwalniające lekarstwo, | nieodpowiedział, Przystał jednakże na zapisanie 

dla ściągnienia humorów od głowy, i zabro- | lekarstwa rozwalniającego i zaostrzenie ' dyety, 
R nił mu zupełnie picia wina i wody cynamonowćj. | Rad nie rad i tem się już Buccella kontentować 
po Simonius ani siyszeć o tém wszystkićm niechciał, | musiał, bo znając dobrze sposób myślenia kró- 


utrzymując, że puszczenie krwi, już przez to lewski,* wiedział, że zaledwoby w ówczas na 
samo jest niepotrzebnem, że z rany znaczna ilość | krwi puszczenie zezwolił, gdyby obydwaj na to 
krwi uszła. Na słuszny zarzut Buccelli, że z nategali, Noc przepędził król spokojnie, 


rany zadanej ponizej kolana, w miejscu, gdzie (Koniec nastąpi.) 
EG PAEAN L SA NN az i itaet AE a D Ae S 


ne Ja L ALA AW sz m NNW WY A 
Nakładem i drukiem Ernesta. Giinthera w Lesznie, "Red, Ciechański,)